|
sobota, 11 września 2010
Smaki Odessy
Odessa ma trzy najlepsze restauracje na świecie – i na dodatek wszystkie trzy należą do tej samej osoby. W pierwszej – Steak House – wylądowałyśmy dzięki znajomym naszych znajomych. Restauracja jest jasna, widna i ma rynnę po której, z pierwszego piętra spadają kostki lodu do drinków przygotowywanych na parterze. Tego, że restauracja serwuje przepyszne mięsiwa można się domyślić. Ale to, że serwuje gorącą czekoladę, której – jak mawiał mój znajomy – nie da się opisać ani prozą ani wierszem, było miłym zaskoczeniem. Mmm... Kiedy pije się tą czekoladę ma się poczucie, że życie jest mmm... Najlepsza gorąca czekolada na świecie
Obok Steak House stoi restauracja Kompot. Ta od razu zwróciła moją uwagę, bo reklamowała się krągłym szyldem Завтрак с 8:00 до 11:00 Jestem absolutnym fanem śniadań w restauracjach, więc sterroryzowałam resztę towarzystwa, i wymogłam obietnicę, że jakkolwiek późno skończy się wieczór, rano musimy stawić się w Kompocie na śniadanie. Następnego dnia, bladym świtem o dziesiątej pięćdziesiąt, byliśmy na miejscu. Kompot jest urządzony w stylu sowieckiego sklepy z delikatesami. Ściany pokryte są pięknie zdobionymi starymi lustrami, na półkach dumnie prezentują się przetwory, a tu i tam stoją staromodne wagi. Rzeczony kompot, w najróżniejszych smakach, podawany jest w sporych słoikach i nalewany do szklanek chochelką babuni. Poza typowym śniadaniowym menu podawane są na przykład dreniki. Sama nazwa drenik bardzo mi się podoba, brzmi trochę jak „maleńki drań”, a w rzeczywistości jest wesołym serowym racuchem, który kelner polewa śmietaną z wielkiego słoja. W Kompocie usłyszałyśmy po raz pierwszy Saveliy’im Libkinie, restauratorze i właścicielu Steak-House, Kompotu i restauracji Dacza. Będąc absolutnie oczarowane śniadaniowymi drenikami zdecydowałyśmy, że kolację zjemy właśnie w Daczy.
Herbata "na klamerkach". Zdjecie ze strony http://compot.ua Dacza mieści się w budynku, w którym kiedyś było sanatorium. Wokół budynku jest spory ogród, a wszystko urządzone tak, że ma się poczucie, jakby wylądowało się w rosyjskiej powieści z początku XX wieku lub w „Spalonych słońcem” Nikity Michałkowa. Po ogrodzie, w którym trawa rośnie bez zbędnych ograniczeń i nerwowego przycinania jej kosiarką, rozsiane są stoliki ocienione białymi parasolami, tu stoi rama od starego łóżka, a tam chodzi biało-rudy kot. Z głośników zawieszonych na drzewach sączy się melancholijna muzyka. Kelnerzy w romantycznych strojach, i kelnerki w staromodnych fryzurach roznoszą przepyszne potrawy. Wszystko to wprawia w tak błogi nastój, że do głowy przychodzą dziwaczne myśli.
Dacza, zdjęcie ze strony http://savva-libkin.com/
Zachwycając się wystrojem Daczy i pozostałych restauracji, tym jak są przemyślane najdrobniejszych szczegółach, zaczęłyśmy się zastanawiać jak nietuzinkowym musi być Saveliy Libkin. - Ach. To z pewnością wyjątkowy mężczyzna – zawyrokowałyśmy czując jak jedzenie wypełnia każdy milimetr naszych żołądków. – Za takiego to nawet można wyjść za mąż. Spojrzałyśmy na siebie i okazało się, że z całej kobiecej gromady tylko jedna z nas ma jeszcze do zaoferowania swą rękę. Poszłam zobaczyć jak wygląda wnętrze Dachy. Ma kominek w jednej sali i wannę z prysznicem pośrodku drugiej. Przeszłam do przeszkolonego pomieszczenia na tyłach domu, kiedy stanął obok mnie mężczyzna w średnim wieku. - Jest pani u nas po raz pierwszy? - Tak, zgadza się. Piękna restauracja. - Proszę dalej. Mamy tu dzisiaj wystawę obrazów, może chce pani zobaczyć? Zaczął oprowadzać mnie po przestronnej sali, którą zdobiły obrazy z martwą naturą. Bardzo pasowały do wystroju wnętrza. - Przykładamy wielką uwagę do tego by wszystko pasowało do stylu. By wszystko było naturalne. – Tu wskazał na wielkie słoje z brzoskwiniami. – Proszę choćby zobaczyć tą instalację elektryczną – pokazał na stare sznury elektryczne biegnące wzdłuż framugi drzwi – wyglądają na stare, a w rzeczywistości są to zupełnie nowoczesne przewody. To samo kominek... Opowiadał i opowiadał, a ja przyglądałam mu się z uwagą. Za parę chwil pędziłam już dróżkami restauracyjnego parku, do moich koleżanek. - Gdzie ty przepadłaś? – zapytały. - Jest! Jest! – wysapałam podniecona. - Kto jest? - Saveliy Libkin! Jest w restauracji. Stoi i zagaduje gości. Trzeba tylko stanąć koło obrazów. Ta z nas, której palec serdeczny cały czas czekał na pierścionek z brylantem przygładziła włosy i poszła do restauracji. My zamarłyśmy w oczekiwaniu. Wróciła po mniej więcej kwadransie. - Daria, to jest główny menedżer tej restauracji, a nie właściciel – ogłosiła z grobową mina. Zamówiłyśmy kolejną butelkę morsa – napoju robionego z żurawiny, który oczywiście został podany przepięknie. Mors
czwartek, 09 września 2010
Wiatr
W Astanie wieje. Wiatr jęczy w oknach, pył pcha się do mieszkań, a na obrzeżach miasta powstają małe trąby powietrzne. Na razie wyglądają jak psotne duchy, które zapraszają do tego by gonić je po stepie, ale nie mam wątpliwości, że z czasem spoważnieją, i że za kilka tygodni nie będę w nich już widziała nic psotnego. Ostatnim miejscem, w którym wiało tak, że musiałam uważać by nie zmiotło mnie z chodnika było Baku. Kiedyś spotkałam tam Tadeusza Świętochowskiego, profesora, który zna Azerbejdżan jak mało kto. - Wieje, pani Dario?! – zdziwił się kiedy zaczęłam mówić o bakijskim wietrze. – Kiedyś to tutaj naprawdę wiało! Wiało tak, że kominy urywało, szanowna pani! Teraz okazuje się, że wiatr w Baku to pestka w porównaniu z tym, który potrafi wiać tutaj. - Wiatr czasami wywraca – ostrzega mnie koleżanka w Astanie. – Można złamać rękę albo nogę. Urzędnicy, którzy idą do pracy po śliskich marmurowych chodnikach bardzo często lądują w gipsie. Trzeba przyznać, że urzędnicy w tym kraju nie mają łatwego życia. Kiedyś Astana była jedynie malutką mieścinką, zwaną słodko Celinograd. Trzynaście lat temu, zdecydowano, że to właśnie tutaj w środku stepu powstanie nowa stolica Kazachstanu. Przeniesiono więc urzędników państwowych z Ałmaty do Astany, niewiele się zastanawiając jak ci urzędnicy będą żyli w mieście, które stolicznym miało się dopiero stać. Brakowało hoteli i mieszkań do wynajęcia. Urzędnicy gnieździli się po kilku w małych klitkach, czekając aż powstaną dla nich nowe domy. No i wiało. Jeszcze bardziej niż teraz. Pewien urzędnik i mąż, żonaty z panią urzędniczką, rozpiął linę pomiędzy domem, w którym mieszkali, a ministerstwem, w którym pracowała żona. W ten sposób kobieta mogła chodzić z domu do pracy i z pracy do domu, trzymając się liny, i nie ryzykując, że wiatr zdmuchnie ją na stepy, a zaradny mąż nie musiał nigdy szukać żony w polu. Teraz ministerstwa mieszczą się w budynkach ultranowoczesnych – na przykład budynek Ministerstwa Finansów z lotu ptaka przypomina swym kształtem znaczek dolara. Wokół ministerstw wybrukowano eleganckie, ale zdradliwe śliskie marmurowe chodniki. Bycie astańskim urzędnikiem nadal nie jest najłatwiejszym i najbezpieczniejszym zawodem. Jednak urzędników wciąż przybywa, a nowa kazachska stolica rzeczywiście powstaje – pomimo, że wybrano na nią miejsce o jednym z najmniej przyjaznych klimatów. - W Astanie nie ma co się silić na układaną mozolnie fryzurę – mówi mi koleżanka z pracy, kiedy wracamy z lunchu do biura, a wiatr rozwiewa nam włosy we wszystkie strony. Ona też przyjechała tutaj nie dawno, z Ałmaty, za pracą. I cały czas dostosowuje się jeszcze do tutejszych warunków. - Zrobię sobie trwałą – ogłasza – i będę miała faliste włosy. Patrzę na nią i na jej włosy. Ciężkie, kruczoczarne, w normalnych warunkach sięgające ramion, już teraz, na wietrze układają się w fale podobne do ryczących czterdziestek. Wpada jej do oka pyłek, który stara się wyciągnąć i jednocześnie dzieli się ze mną kolejną ważną informacją: - Jak będzie minus czterdzieści to nie maluj rzęs, bo przy takiej temperaturze maskara spływa i wygląda się fatalnie – po czym spogląda na mnie – Czy Ty jesteś przygotowana na mróz? Na minus czterdzieści?
czwartek, 02 września 2010
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Didżeje
Moja siostra mieszka od jakiegoś czasu w Londynie, co daje jej możliwość chodzenia do miejsc jak najbardziej cool i bywania na koncertach zespołów, o których istnieniu w Polsce dowiadujemy się najczęściej z poślizgiem. Ja mieszkam w krajach, w których koncertuje Alla Pugaczowa i Valeri Syutkin – więc przepaść muzyczna między nami jest spora. Czasem próbuję być częścią londyńskiego świata. W ubiegłym roku Ania i jej partner zaprosili mnie do Klubu Pacha – notowanego w pierwszej dziesiątce pierwszej setki, w którym didżeje stali za konsolami wielkości małych samolotów pasażerskich, młoda kobieta grała na saksofonie jak Lisa z Simpson’ów, a kociaki w strojach bikini pławiły się wdzięcznie w gigantycznych kieliszkach martini. Jakby tego było mało następnego dnia poszliśmy na koncert „Get Loaded in the Park” gdzie wokalistka Peaches śpiewała zwisając z rusztowania, a gdy Brzoskwinie grać przestały to przyszedł czas na Royksopp... Kiedy już koncerty na wszystkich scenach miały się ku końcowi, moja siostra ogłosiła jakby nigdy nic: - To teraz idziemy posłuchać naszego znajomego didżeja, który za godzinę zaczyna grać w klubie nieopodal. Po raz pierwszy wtedy stwierdziłam, że mam poważne ograniczenia co do ilości muzyki jaką mogę przyswoić w ciągu jednego weekendu. Jedno natomiast zapamiętałam z tamtego muzycznego tournee: - Daria, didżej nie powinien nic mówić. Żadnego: „bawimy się, bawimy” być nie może. Uzbrojona w tą oto wiedzę wróciłam z Londynu do Kiszyniowa, gdzie w klubach królują nie tylko gadatliwi didżeje ale też funkcjonują odrębne klubowe gaduły, które mają zagrzewać do tańca. Coś w stylu: „Samye haroshiye ljudi, tolka syevodnia, tolka sjejczas, samye haroshiye ljudi...” Ale o tym, że Kiszyniów jest w takim samym stopniu uroczy co prowincjonalny wiedzą wszyscy. Nawet sami mieszkańcy mołdawskiej stolicy się nie obrażają kiedy poddaje się w wątpliwość jego wielkomiejskość. - Odessa, Kijów – tam to jest życie nocne! – mówią rozmarzeni. Pojechaliśmy więc do Odessy. W odeskim klubie didżeje trzymali buzie na kłódkę i już, już miałam pisać do mojej siostry, że „Odessa nocą prawie jak Londyn!”, kiedy ogłoszono, że za chwilę odbędzie się pokaz mody sponsorowanej przez Siejdmoj kilometr – największy bazar w Odessie. Przez scenę przeparadowały prześliczne Ukrainki ubrane w żółte podkoszulki, kuse spódniczki i spodnie z tysiącami zamków błyskawicznych na nogawkach. Kładąc wdzięcznie dłonie na biodrach, i stając w modelowych pozach uzmysłowiły mi dobitnie, że Londyn to Londyn, a Odessa to Odessa. Wczoraj poszliśmy do klubu, który podobno jest najlepszym w Astanie. Obsługa przy bramce dokonywała selekcji gości, didżeje miksowali muzykę w skupieniu, a barmani żonglowali butelkami i szejkerami tak, że od razu człowiekowi przypominał się Tom Cruise w „Coctailu”. I już chciałam twierdzić, że oto mam Londyn w środku stepu, kiedy didżej nie wytrzymał i wypalił: - Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Konstytucji!!! Kiedy wracaliśmy nad ranem do domu na głównej ulicy malowano na nowo pasy. Dzisiaj z okazji piętnastej rocznicy konstytucji w stolicy Kazachstanu odbyła się parada wojskowa. Po świeżo pomalowanych pasach przejechały czołgi i wozy bojowe. Nad nimi przeleciały w efektownym szyku wojskowe samoloty, a całość zwieńczył przemarsz kompanii honorowej i orkiestry wojskowej. Kazachstan jest piątym z kolei krajem, w którym pracuję. Pewnie kiedyś stracę energię potrzebną do takiego podróżowania, ale na razie nadal mi się podoba tak jak jest, z gadającymi didżejami włącznie.
wtorek, 24 sierpnia 2010
Bloger
Typ na drzewie raportuje: "Siedzi w blogu i pisze obrzydliwe komentarze". Rysunek znalazłam na jednej z kazachskich stron internetowych. Tutaj internet jest polem politycznych wojen, a strony opozycji są blokowane. Spróbujcie na przykład wejść bezpośrednio na stronę www.respublika-kaz.info. Niemożliwe, prawda?
środa, 14 lipca 2010
Przygody „żelaznego emira”
„W roku 1885 Abdur Rahman [emir Afganistanu] przyjął zaproszenie wicekróla Indii, lorda Dufferina, i odwiedził go. Było to jeszcze w okresie dobrych stosunków emira z Wielką Brytanią, które później spór o plemiona znacznie pogorszył. Podczas wizyty emira w Rawalpindi chciano go ująć zarówno serdecznością przyjęcia, jak i pokazem potęgi militarnej. Abdur Rahman był jednak człowiekiem, któremu trudno było czymkolwiek zaimponować, miał przy tym poczucie humoru. Kiedy podczas jednego z przyjęć emir przemawiał, a panie nie przestawały szczebiotać, Abdur Rahman przerwał i zwrócił się do lorda Dufferina z uwagą, że na przyjęciu są również obecne kobiety. Gospodarz powiedział, że oczywiście są, gdyż w przeciwieństwie do Afgańczyków, Anglicy nie trzymają swoich kobiet w domu. Emir patrząc uważnie na uczestniczce w przyjęciu panie, odpowiedział, że zapewne jest to prawdą, ale sądząc po wyglądzie obecnych, te ładniejsze muszą być jednak przetrzymywane w domu.”
Jan Petrus, Afganistan. Zarys dziejów
niedziela, 04 lipca 2010
Benderska Konstytucja
- Gdyby o mnie pytali, to powiedz, że musiałem pojechać na obchody trzechsetnej rocznicy naszej konstytucji – szepnął mi kolega z ukraińskiej ambasady wychodząc z chyłkiem ze spotkania. - Trzechsetnej? – zdziwiłam się, ale jego już nie było, by wytłumaczyć mi jak to się stało, że Ukraina twierdzi, iż ma konstytucję starszą niż Stany Zjednoczone. Okazuje się, że Ukraina ma konstytucję starszą i od amerykańskiej ustawy zasadniczej, i od świętowanej dzisiaj Deklaracji Niepodległości. Jakby tego było mało, ten wiekowy ukraiński dokument powstał na terenach dzisiejszego Naddniestrza, w Benderach. Kiedy w roku 1709 w bitwie pod Połtawą Piotr Wielki pokonał króla szwedzkiego Karola XII, ten ostatni wycofał się do twierdzy w Benderach, wówczas należącej do Turcji. Wraz z Karolem XII w Benderach schronił się wspierający go w feralnej bitwie hetman kozaków zaporoskich Iwan Mazepa. Mazepa zmarł w niecałe trzy miesiące po przegranej bitwie, ponoć rozstrzelany za zdradę. 5 kwietnia 1710 roku nowym hetmanem na uchodźstwie został główny pisarz zaporoskiego wojska i przyjaciel Mazepy - Pyłyp Orlyk (Filip Orlik). W tym dniu ogłoszono również Pakty i Konstytucje Praw i Swobód Zaporoskiego Hospodarstwa – zwane “Konstytucją Benderską”. Przewidywała ona trójpodział władzy jeszcze zanim jego zasady sformułował Monteskiusz, ograniczała władzę hetmana i ustanawiała demokratycznie wybrany parlament kozacki. Nigdy nie weszła w życie, ale uważana jest za pierwszą konstytucję w Europie.
czwartek, 01 lipca 2010
wtorek, 29 czerwca 2010
Krzepa cz. 2
Na słoneczne skrzyżowanie wjechała rozklekotana Łada. Wysiadł z niej korpulentny jegomość, koło sześćdziesiątki, w szarych spodniach, niebieskiej koszuli i beżowej wiatrówce, która miała chyba pełnić rolę marynarki. - To wy? – zapytał z konsternacją. Obejrzeliśmy się wokoło – ani żywej duszy, więc najprawdopodobniej my to my. - Zgadza się – uspokoiliśmy Ivana Ivanycza – to my. Gdzie tu można usiąść, żeby porozmawiać przez chwilę? - Najlepiej pojedźmy do primarii – zawyrokował, po czym znów spojrzał na nas niepewnie – Zgadzacie się? Primar – to określenie prezydentów i burmistrzów miast, a nawet co większych wsi. Ta wieś, w której byliśmy liczy sześć tysięcy mieszkańców, więc primara oczywiście ma – a ten ma swój urząd primariję. Nie robiło nam najmniejszej różnicy gdzie odbędzie się spotkanie: w urzędzie sołectwa, domu kultury czy pobliskiej kawiarni. Pokiwaliśmy głowami na znak zgody, a Ivan Ivanycz zadecydował: - Pojedziemy moim samochodem! – wsiedliśmy wszyscy do Łady, a jej właściciel zamienił się w jedną z opisywanych przez Andrzeja Stasiuka postaci, które oprowadzały go po zagonach jarzyn jak po najbardziej egzotycznych ogrodach – Tutaj mamy restaurację w której odbywają się wesela – opowiadał Ivanycz prowadząc samochód – a tu pomnik bohaterów II wojny światowej, tu mamy bank, a tutaj – wziął ostry zakręt i zatrzymał się przed jakimś budynkiem – tutaj mamy primarię. Weszliśmy do budynku, gdzie w kącie korytarza prezentował się zaimprowizowany ołtarzyk. Stało na nim zdjęcie jakiegoś mężczyzny, kwiaty i dwie świeczki. - Umarł niedawno zastępca primara – wyjaśnił – więc jego biuro jest puste i możemy w nim spokojnie usiąść. Jakkolwiek irracjonalne było to uczucie, wizja spotkania w biurze opłakiwanego jeszcze nieboszczyka nie bardzo mi się podobała. Ivan Ivanycz wkładał już jednak głowę do jednego z biur i mówił, że ma gości i potrzebuje klucz do pokoju takiego a takiego. - Dobrze, że pan jest! – zawołał turbalny głos z wnętrza biura - proszę wejść! Musimy z panem pomówić!!! - Ale ja mam gości – wykręcał się Ivan Ivanycz, przebierając nogami na korytarzu a głowę trzymając w biurze. - A skąd są goście? – zawołał głos. Odpowiedź naszego druha była cicha i nieśmiała. - Ach to jeszcze lepiej! – zareagował głos –Wszyscy wchodźcie! Zapraszamy! W ten sposób uniknęliśmy spotkania w biurze nieboszczyka i poszliśmy na spotkanie z wielkim głosem. Biuro, do którego weszliśmy było całkiem spore. Podłogę pokrywał dywan sumiennie zawinięty w grubą folię, ścianę zdobił portret byłego prezydenta Mołdawii i przewodniczącego Partii Komunistów Władimira Woronina. Woronin był na nim jakieś dwadzieścia lat młodszy niż jest w rzeczywistości. Czy portret wisiał tam od dwudziestu lat czy też właściciel gabinetu wolał wygląd przywódcy komunistów sprzed lat? – nie wiadomo. Przy oknie, za wielkim biurkiem siedział maleńki człowieczek, który wydawało się, że z chwili na chwilę stawał się coraz mniejszy. Był to właśnie nieszczęsny primar. Obok niego siedział właściciel wielkiego, grzmiącego głosu: przedstawiciel reyonu, od którego wieś chciała się odłączyć. Jego postura dorównywała jego głosowi. Ubrany w stalowy garnitur, z zaczesanymi gładko do tyłu włosami i okularami–połówkami, w stalowych oprawkach wyglądał trochę jak wilk z Czerwonego Kapturka, który właśnie połknął babcię. Całości obrazu dopełniał korpulentny szef rejonowej policji, w spodniach o nogawkach kończących się w połowie łydki. - Siadajcie – powiedział przedstawiciel reyonu patrząc na nas znad okularów, po czym zwrócił się do Ivana Ivanycza, który siadł tylko na brzeżku na swojego stołka, jakby w każdej chwili gotowy do ucieczki. – Rozmawiamy tutaj o panu, bo pan by chciał zarejestrować grupę inicjatywną, która będzie zbierała we wsi podpisy pod wnioskiem o zorganizowanie referendum, zgadza się? – zapytał. - Zgadza.... – przytaknął niepewnie Ivan Ivanycz. - I – ciągnął dalej urzędnik swym turbalnym głosem – w tym celu zwołaliście zebranie sołeckie, na którym wybrano członków tej grupy a was zrobiono jej przewodniczącym, zgadza się? - Tak, wszystko zgodnie z prawem – przytaknął ponownie. - No właśnie nie do końca – przedstawiciel reyonu ściągnął okulary i włożył je do małego złotego etui. – Nie możemy zarejestrować grupy z powodów proceduralnych. - Powodów proceduralnych? – jęknął Ivan Ivanycz, po czym spojrzał na primara, który za swoim biurkiem zrobił się mniejszy o kolejne pół centymetra. - Primar nie ma nic do tego! – zapewnił reyonowy urzędnik – Ba! On by nawet chciał was zarejestrować. I ja też bym chciał, Bóg mi świadkiem! Ale nie możemy! W ogóle nie przestrzegano procedur. Weźmy na przykład taką ilość osób, ustawa mówi, że nie może być mniej niż 60 osób. - Właśnie! – rozpromienił się niedoszły przewodniczący grupy inicjatywnej – było tyle ludzi, że sala domu kultury była pełna po brzegi. - Ale czy ktoś tych ludzi policzył? – zapytał urzędnik. - Po co? Przecież wiadomo, że w domu kultury mieści się pięćset osób. - Oj, Ivanie Ivanyczu – stroskał się urzędnik – tak nie można. Trzeba powołać komisję skrutacyjną dla tego zebrania, trzeba to odnotować w protokole, trzeba, żeby komisja ludzi policzyła... Wy myślicie, że ci tam na górze – tu wskazał palcem na sufit, z którego łuszczyła się farba – by przyjęli takie niedokładne dokumenty? Ja latami z nimi pracuję, i wiem jak to wszystko musi wyglądać! No ale zagadałem się, przechodzimy do następnej sprawy – tu znów wyjął z etui swoje okulary, założył, spojrzał srogo na leżące przed nim dokumenty i obwieścił – Źle został postawione pytanie. - Pytanie? Źle postawione? – Ivan Ivanycz nic nie rozumiał. -Tak, to pytanie, które głosowaliście – wyjaśnił urzędnik – Głosowaliście nad tym, kto jest za organizacją referendum – spojrzał znad okularów – a pytanie powinno brzmieć, kto jest za powołaniem grupy inicjatywnej, która będzie zbierała podpisy pod wnioskiem o organizację referendum. Nie mówiąc już o tym, że tych głosów też nikt nie policzył. - No bo sala była pełna, a ręce podnieśli wszyscy, więc.... – zaczął Ivan Ivanycz, ale przerwał w pół słowa, bo chyba mu się przypomniało, że w tej rozmowie pełna sala to żaden argument. Tu wtrącił się szef policji, który do tej pory siedział nader spokojnie. - Ja nawet chciałem was poprawić, tam na tym spotkaniu. Mówię, że pytanie źle postawione, a wasza żona, upierała się że dobrze. A jak wstać chciałem, żeby głos zabrać jak należy, to mnie jeszcze za łokieć trzymała! Nie wiem jakiej postury musiała by być żona Ivana Ivanycza, żeby trzymaniem za łokieć mogła powstrzymać korpulentnego szefa policji, no ale fakt, pozostaje faktem: szef policji głosu nie zabrał, a pytanie źle postawione było. - I co teraz? – zapytał zrezygnowany organizator referendum. - Nie pozostaje nic innego jak zapomnieć o tym wszystkim co do tej pory było – tu urzędnik plasnął dłonią w stos leżących przed nim dokumentów – I zacząć wszystko od nowa. Ale tak jak się należy! Ludzi nie mniej niż sześćdziesiąt, porządnie policzonych... - Tak, będzie sześćdziesiąt jeden, więcej nie trzeba – ożywił się ponownie Ivanycz. – Tyle to ja mogę zorganizować choćby jutro, albo w najbliższą niedzielę! - Nie, no ludzi może być więcej, tylko po co ten pośpiech? – urzędnik zaczął mówić tonem spokojnym, wręcz ojcowskim – A tak między Bogiem a prawdą: po co wam to referendum? Dlaczego chcecie się z naszego reyonu wypisać? - Tam mamy bliżej do centrum, a i szpital mają tam lepszy... - Ależ problem dobrego transportu do stolicy naszego reyonu jest zupełnie do rozwiązania – przerwał mu urzędnik przymilnym tonem. – Trzeba tylko oooo – tu zakreślił palcem kółko nad biurkiem siedzącego jak mysz pod miotłą primara – do tego trzeba jeszcze ooooo – zakreślił kółko nad leżącymi przed sobą dokumentami – i do tego jeszcze trochę oni – tu wskazał palcem w zupełną pustkę. Zupełnie nie było wiadomo, kim są oni, ani jakie działania miałoby określać tajemnicze „oooo”, a jednak taka odpowiedź wydać zadowoliła Ivana Ivanycza, bo nie drążył już sprawy transportu z wsi położonej na obrzeżach reyonu, tylko zapytał - A szpital? - Szpital mają lepszy, to się zgadza. Ale przecież i my nasz też za parę lat wyremontujemy, i będzie piękny. I powiem panu więcej, do tego czasu możecie korzystać z ich szpitala, i im mówić, że z naszego reyonu jesteście, to oni nam przyślą rachunki i nasz departament zdrowia pokryje koszty leczenia. - Ale, ale - zająknął się Ivanycz – my tam mówimy, że jesteśmy z tego reyonu, a oni mówią, że w takim razie musimy za leczenie płacić. I my płacimy... - Niech pan nie będzie dzieckiem! – reyonowy urzędnik zupełnie stracił cierpliwość – Dzisiaj wszyscy wszędzie płacą za leczenie! I jeszcze jedno – tu zwrócił się do primara, którego już ledwie było widać zza biurka. – Dziennikarz w Kiszyniowie napisał artykuł, że w waszej wsi będzie referendum pod koniec miesiąca! Co to są za brednie? - Dziennikarz pisze to co chce. – jęknął primar. - Żeby mi więcej takich artykułów nie było! - Nie będzie. – obiecał bez pokrycia szef wsi.
piątek, 25 czerwca 2010
Nowa szata
Z zamiarem gruntownej przebudowy i zmiany szablonu bloga nosiłam się już od dawna. Dzięki Kate Mac, która zaprojektowała szablon i dodała do bloga kilka nowych rzeczy, „Myśli i podróże” wyglądają dokładnie tak jak chciałam. Kate, dziękuję za profesjonalizm, a przede wszystki za cierpliwość w "akomodowaniu" wszystkich moich pomysłów! :) Blog ma teraz – na razie niewielką – galerię graffiti, które fascynują mnie coraz bardziej swym sposobem przekazu i ulotnością formy. Poza tym postanowiłam zamieszczać informacje, o rzeczach, które pisuję poza blogiem. Mam nadzieję, że podoba się Wam nowa szata „Myśli i podróży”. Zapraszam do dalszych odwiedzin :) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytam
Kontakt
Moja strona
Subskrybcja
|